Osiągnij sukces, pozostań sobą

OsiągnijSukces

Nie, bynajmniej nie zamierzam reklamować Wyższej Szkoły Handlowej. Osobiście myślę, że to raczej kiepska uczelnia. Tym nie mniej udało się im (czy raczej wynajętej przez nich agencji) zrobić kampanię reklamową, która dość wyraziście, choć trochę łopatologicznie, ilustruje pewien ciekawy problem współczesnego świata końca pracy. Kulturową sprzeczność kapitalizmu, choć nie zupełnie taką jak wyobrażał ją sobie Daniel Bell. Jest to problem istnienia tych malowniczych hybryd z bilbordów WSH ilustrujących jednocześnie sprzeczność pomiędzy “sukcesem” a “byciem sobą” jak i obietnice jej przezwyciężenia.

To właśnie tego przezwyciężenia nie potrafił sobie wyobrazić Daniel Bell.

Jeżeli rzeczywiście tożsamość społeczna budowana jest obecnie w sferze konsumpcji (prawa strona obrazka) to jednocześnie praca (lewa strona obrazka) nadal pozostaje koniecznością i przynajmniej realnie ważnym elementem życia. Jak można zatem tworzyć i utrzymywać względnie spójną tożsamość wyłącznie w czasie wolnym spędzając jednocześnie przynajmniej 40 godzin tygodniowo w robocie? Jeżeli w ogóle jest to możliwe to niewątpliwie wymaga to specjalnych zabiegów, żeby nie powiedzieć – pracy. Nie można bowiem tak po prostu ignorować trzeciej części każdego dnia (i nie mówię tu o śnie) czystym aktem woli. Niedostrzeganie słonia pośrodku salonu jest możliwe ale na pewno nie takie proste. Jeżeli praca jest wypierana z naszego życia osobistego, publicznego i politycznego “do ukrytego warsztatu produkcji, na którego drzwiach czytamy: No admittance except on business” to jest to proces społeczny który należy zbadać. Nie tylko jego obiektywne warunki lecz także podmiotowe strategie, praktyki i rytuały stosowane w życiu codziennym. Być może dzięki temu poznamy granice procesu społecznej reprodukcji hybryd z reklamy WSH – mediowania coraz bardziej zaostrzającej się sprzeczności.

Advertisements

Jeszcze o Marksie, maszynach i czasie pracy

Nie będzie w tym poście ani jednej myśli oryginalnej. Ale jak już czytam tego Marksa to muszę sobie jakoś w głowie poukładać to, co przeczytałem. Pokrótce przedstawię więc wywód z I tomu Kapitału na temat stosunku między czasem pracy a rozwojem technologii. A na początek w ogóle zdradzę konkluzję:

„Poganie, ach ci poganie!” [np. Arystoteles, który wierzył, że automatyzacja produkcji uwolni ludzi od pracy – przyp. KP] Sprytny Bastiat odkrył, a przed nim uczyniłto jeszcze mądrzejszy odeń MacCulloch, że nie mieli oni pojęcia o ekonomii politycznej ani o chrześcijaństwie. Nawet tego nie byli zdolni pojąć, że maszyna jest najbardziej niezawodnym środkiem przedłużania dnia roboczego. Usprawiedliwiali wprawdzie niewolę jednego gwoli zapewnienia drugiemu pełnego ludzkiego rozwoju. Ale głosić niewolę mas po to, aby z paru nieokrzesanych lub na wpół wykształconych dorobkiewiczów poczynić „emitent spinners”, „extensive sausage makers” lub też „influential shoe black dealers” – do tego zabrakło im specyficznie chrześcijańskiego zmysłu. [str. 441]

Dla tych co nie znają dzieł Marksa przypomnę, że w jego teorii wartość ekonomiczna (tzn. wymienna) w ogóle pochodzi wyłącznie z czasu pracy i nie ma innego sposobu na zwiększanie zysków pracodawcy niż przedłużanie dnia roboczego. Chyba, że intensyfikacja pracy, ale to oczywiście żadne rozwiązanie. Argumentacja jest zatem ustawiona już u samych założeń ale i tak warto ją prześledzić.

Po pierwsze maszyna pozawala przedłużyć czas pracy czyniąc ją zwyczajnie lżejszą. Im mniej się człowiek męczy wykonując swoją pracę tym dłużej może ją wykonywać zanim padnie z wyczerpania (lub zacznie się buntować).

Pod drugie maszyna daje swojemu właścicielowi (tj. kapitaliście) szereg dodatkowych bodźców do przedłużania czasu pracy, poza normalną potrzebą zwiększania masy wartości dodatkowej. Maszyna zużywa się moralnie (sic!) to znaczy traci na wartości w skutek dalszego rozwoju technologicznego, konstruowania nowych – tańszych i bardziej wydajnych maszyn oraz ich rozpowszechniania w produkcji. Zużycie moralne postępuje w czasie niezależnie od tego czy maszyna jest używana czy też nie i w odróżnieniu od zużycia produkcyjnego (w którym wartość maszyny przechodzi na produktu, zostaje zatem zachowana) oznacza dla kapitalisty czystą stratę. Zakupiony sprzęt należy zatem eksploatować jak tylko się da zanim postęp technologiczny uczyni z niego przestarzałą kupę złomu i całą inwestycję trafi szlag. Przy okazji trzeba eksploatować także pracowników, bo maszyna sama robić nie będzie. Z kolei maszyna super nowoczesna – której w najbliższym czasie grozi najwyżej upowszechnienie a nie zużycie moralne – oferuje kapitaliście zysk nadzwyczajny (tzn. ponda ten, który zawarty jest w normalnej produkcji) czerpany z przewagi nad konkurencją: kapitalista-innowator może sprzedawać swoje towary powyżej ich wartości indywidualnej (tzn. tej po której swoje towary on sam produkuje) ponieważ wartość ogólna (tzn. ta po której swoje towary produkują wszyscy inni) jest jeszcze wyższa. Z tym, że znowu jest tak tylko na czas jakiś, tzn. do momentu aż nowa technologia nie upowszechni się na tyle, że wartość ogólna zrówna się z wartością indywidualną ponownie. Inaczej mówiąc: wykorzystywanie maszyn w kapitalistycznej produkcji to gra na czas. Wszelka zwłoka to utrata potencjalnych zysków. Im dłużej maszyna pozostaje w ciągu doby czynna tym większą korzyść można z niej wyciągnąć zanim się najpierw upowszechni a potem zdeprecjonuje. Im więcej godzin w ciągu dnia pracownik przy takiej maszynie pracuje tym większy zwrot z inwestycji, im więcej ma wolnego – tym większy marnuje potencjał: „Strach pomyśleć! Uczynić bezużytecznym choćby na chwilę kapitał, który kosztował 100 000 £! Doprawdy, jeśli w ogóle ktoś z naszych ludzi [ma to znaczyć: robotników fabrycznych, Marks parodiuje pana Ashwortha, magnata bawełnianego – przyp. KP] kiedykolwiek porzuca fabrykę – czyn jego woła o pomstę do nieba!”  [str. 437]

Po trzecie wreszcie rosnące nakłady na technologię zmieniają stosunek między kapitałem zmiennym (wydatkami na zakup siły roboczej) a kapitałem stałym (wydatkami na materialne środki produkcji: maszyny, narzędzie, surowce, energię etc.) na korzyść tego drugiego. Tzn. mniej ludzi pracuje na coraz droższych maszynach. Jako że źródłem wartości dodatkowej jest wyłącznie wydatkowanie siły roboczej (inwestycje w kapitał trwały mogą się co najwyżej zwrócić, jeśli nie liczyć zysków nadzwyczajnych) to ta zmiana proporcji fatalnie wpływa na stopę zysku (mniej jest ludzi do wyzyskiwania) zmuszając kapitalistów do rekompensowania sobie tych strat… zgadnijcie jak? To bardzo ważny argument. W dalszych tomach Kapitału Marks wyprowadza z niego poważne konsekwencje – z koniecznością „ostatecznego krachu systemu korporacji” włącznie. Trudno go jednak przedstawić poza ramami marksowskiej ekonomii.

Uh, podsumowując – nie jest dobrze. Technologia – wg. Marksa w każdym razie – nie przyniesie nam końca pracy, przynajmniej jak długo panują kapitalistyczne stosunki produkcji (swoja droga państwowy socjalizm nie okazał się w tym względzie wiele lepszy). Nie wspomniałem tu o bezrobociu technologicznym, nadwyżce populacji i rezerwowej armii pracy bo to temat na oddzielne rozważania. Jak długo jednak „czas to pieniądz” (nie TWÓJ pieniądz, oczywiście) tak długo żaden rozwój technologii tu nic nie pomoże. Jeżeli coś pozwala ci pracować dwa razy szybciej to znaczy, że będziesz musiał wytwarzać dwa razy więcej a nie dwa razy krócej.

PS. Ponoć w rozdziale o maszynach w Grundrisse Marks rozważa całkowite zastąpienie pracy ludzi przez maszyny oraz zniesienie czasu pracy jako źródła wartości. Ale tam jeszcze nie dotarłem.

Karol Marks i długość dnia pracy

Tak się zupełnie przypadkiem złożyło, że w dniu w którym brałem udział w manifestacji (http://fawroclaw.wordpress.com/2013/06/25/przeciwko-rzadowi-protest-we-wroclawiu/) przeciwko najnowszym zmianą w kodeksie pracy (tym, które przedłużając okres rozliczeniowy do 12 miesięcy efektywnie znoszą 8 godzinny dzień pracy) przeczytałem również 8 rozdział Kapitału poświęcony długości dnia roboczego. To co mnie zaciekawiło to uwaga Davida Harvey’a (bo czytam kapitał z jego komentarzem), którą poczynił on do tego rozdziału. Otóż zdaniem Harveya Marks jest jedynym ekonomistą, który nie tylko poruszył problem długości dnia pracy ale faktycznie nadał mu centralne znaczenie w swojej analizie kapitalizmu. W dominującej obecnie szkole neoklasycznej oraz większości szkół ekonomii obecnych w głównym nurcie (nie mogę bowiem ręczyć za np. neo-ricardian) problem ten jest zupełnie nieobecny. Tymczasem problem czasu pracy – jego granic, regulacji i rozkładu w ciągu dnia – jest jednym z centralnych praktycznych problemów gospodarki kapitalistycznej. Tak samo dla pracowników jak i, na co wskazuje ostatnia reforma kodeksu pracy, dla pracodawców. Jeżeli zatem ekonomia burżuazyjna nie zdołała tego problemu w żaden sposób ugryźć to nie wynika to ani z jego marginalnego charaktery ani też z braku zainteresowania samych burżua (czy jak to się dzisiaj mówi: pracodawców) odpowiednią argumentacją na rzecz ich własnych interesów. Rozwiązanie zagadki istnienia tej ślepej plamki teorii ekonomicznej można znaleźć u samego Marksa. Podsumowując zasady określające długość dnia roboczego w kapitalizmie napisał on tak:

“Mamy tu więc do czynienia z antynomią: prawo przeciw prawu [prawo pracodawcy do użytkowania zakupionej siły roboczej oraz prawo pracownika do jej ochrony przez nadużyciem – KoniecPracy], przy czym oba prawa jednakowo są usankcjonowane przez prawo wymiany towarowej. Między równymi prawami rozstrzyga siła. I w ten oto sposób w dziejach produkcji kapitalistycznej  sprawa unormowania dnia roboczego przybiera postać walki o granice dnia roboczego – walki między zbiorowym kapitalistą, tzn. klasą kapitalistów, a zbiorowym robotnikiem tzn. klasą robotniczą.”  (Marks, K. Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, tom I , Książka i Wiedza, 1956 str. 248)

Ekonomiczna teoria długości dnia pracy nie istnieje gdyż nie jest to w ogóle problem, który jest ekonomicznie rozstrzygalny. Nie można go przedstawić na gruncie “praw wymiany towarowej” – i w gruncie rzeczy Marks nie również tego nie robi. Długość dnia pracy jest przedmiotem walki klas, która jest walką polityczną: siłą przeciwko sile. I tu tkwi prawdziwy, poza-ekonomiczny, fundament kapitalizmu.

O tym jakie to siły, czyli o tym jak zmusza się ludzi do pracy ponad naturalne 5 godzin dziennie oraz jak się temu przeciwstawiać będziemy zajmować się dalej.

Koniec pracy

Widmo krąży nad Europą.

Widmo końca pracy.

Rosnące wskaźniki bezrobocia i niedostatecznego zatrudnienia nie są już tylko przejściowymi objawami kryzysu. Dramatyczne poszukiwania ekonomicznych i politycznych rozwiązań, które zdołałyby zapędzić ludzi z powrotem do roboty, są ostatecznie skazane na klęskę. Przekształcenie systemu zabezpieczeń socjalnych w aparat przymuszania ludzi do pracy (czyli tak zwany workfare czy flexicurity) rozbija się o brak realnego zapotrzebowania na pracę kolejnych pokoleń. Tymczasem pragnienie wolności od pracy staje się coraz bardziej powszechne, choć nie może jeszcze znaleźć swojego prawomocnego wyrazu. Wiara w wartość pracy tak mocno wrosła w nasze myślenie, że nie potrafimy sobie bez niej wyobrazić godnego życia. Jesteśmy obiektywnie i subiektywnie rozdarci.

Cała dwuznaczność obecnej sytuacji wynika właśnie z tego, że stary świat umiera a nowy się jeszcze nie narodził.

Dekady starań o humanizacje pracy nie przyniosły spektakularnych rezultatów. Praca wciąż jest nam obca i wroga. Wolność ciągle zaczyna się tam, gdzie praca się kończy. A jednocześnie pracę – przez sam tylko fakt, że coraz trudniej ją zdobyć – przedstawia się nam jako Świętego Graala, którego zdobyciu powinniśmy podporządkować całe swoje życie. W historii ludzkości żaden urojony skarb nie był aż tak rozczarowujący. The cake, jak wiadomo, is a lie.

Powiedzmy sobie szczerze – monstrum jakim była praca przemysłowa (fizyczna i umysłowa tak samo) już dawno powinno było zdechnąć. Chimera pracy post-przemysłowej, pokraczne dziecko kontrrewolucji, nie powinna nigdy przyjść na świat. Wciąż nie jesteśmy jednak pewni, co je zastąpi.

Ten blog poświęcony jest hipotezie o końcu pracy, odmowie pracy, wolności od pracy, świecie bez pracy i życiu poza pracą. Jest także o pracy jako o boskim skaraniu. Jest w końcu o równie brutalnej co nieudolnej reakcji republiki własności na coraz bardziej masową ucieczkę ludzkości z więzienia pracy.